IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  Zaloguj  

Share | 
 

 Kyle Wayfarer

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
KYLE WAYFARER

avatar

Rasa : LISOŁAK
Wiek : 22/364
Sobowtór : NIE
Fantom : NIE
MG : TAK
Artefakty : lekarstwo na bycie nadprzyrodzonym
Liczba postów : 33
Liczba punktów : 40
Jest z nami od : 28/06/2014

PisanieTemat: Kyle Wayfarer   28.06.14 22:50





DYLAN O'BRIEN

22

364

KITSUNE

ŁOWCA

NIE JESTEM FANTOMEM

NIE JESTEM SOBOWTÓREM

PRZYJEZDNY

MIESZKANIE

STUDENT/KOREPETYTOR

About me

Kitsune. Nic specjalnego, pomyślicie. W końcu mam zaledwie trzysta sześćdziesiąt cztery lata. Dla naszego gatunku to naprawdę nie jest wielkie osiągnięcie. Wielu postanowiło kryć się w ludzkich ciałach, bezbłędnie naśladując istoty, pośród których przyszło nam istnieć. Tyle, że ja nie jestem taki jak inni. Naprawiam zło tego świata. Albo raczej staram się tego dokonać.
***
Urodziłem się w roku 1650. Dokładnej daty nigdy nie poznałem, choć lubię przyjmować, że był to czerwiec – miesiąc rozkwitu ciepła i słońca. Miejsce, w którym po raz pierwszy otworzyłem oczy nazywane jest dzisiaj Kanadą, choć wtedy słynęło raczej z nazwy Nowa Francja. Moja matka była żoną niezwykle zamożnego francuza, który uczestniczył w jednej z pierwszych kolonizacji kontynentu. Dzięki swoim majątkom zdołał przetrwać niesprzyjające warunki i rozwinął działalność handlową. Kupcy z całego świata zjeżdżali się do jego posiadłości, by nabyć najwyższej jakości zwierzęce futra. Jeden z takich właśnie niezwykłych, zagranicznych przybyszów kompletnie zauroczył matkę. Nie miał większych problemów, by zaciągnąć ją do łóżka. Jedna, upojna noc wystarczyła, by w brzuchu kobiety zaczęło rozwijać się nowe życie. Tak, dobrze się domyślacie. Tym maleństwem byłem ja.
Przebiegłej matce nie sprawiło kłopotu przekonanie męża, iż poczęte dziecko należy do niego. Wychowywano mnie surowo, choć życie miałem niezwykle dostatnie. Nie uświadomiono mnie jednak o moim pochodzeniu. I wszystko byłoby dobrze, gdyby ojciec nie zginął w starciu z wrogim nam plemieniem indiańskim. Pogrążona w żałobie matka zdecydowała się w końcu wyjawić mi prawdę. Zdruzgotany, zamknąłem się w sobie i przestałem z kimkolwiek rozmawiać. By jakoś wynagrodzić mi wieloletnie kłamstwa, zaczęła trwonić nasze pieniądze na zupełnie niepotrzebne mi drogie przedmioty. Zanim zdołałem ją powstrzymać, wydała niemal połowę tego co posiadaliśmy. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, jak bardzo moja pomoc była jej potrzebna.
Niedługo potem powziąłem jedyną decyzję, jaka wydawała mi się w tamtym czasie słuszna. Spakowaliśmy rzeczy i statkiem popłynęliśmy w kierunku Europy. Wydawało mi się, że taka podróż dobrze zrobi matce. Och, jakiż byłem głupi! Dokładnie w połowie rejsu zastałem ją martwą we własnej kajucie. Wszystkie nasze pieniądze zostały skradzione. Została mi jedynie malutka sakiewka, którą przez cały czas nosiłem przy pasku.
Nie mam pojęcia jak właściwie udało mi się dotrzeć do Francji. Byłem brudny, zmęczony i sponiewierany. Szukałem pomocy u ludzi, jednak większość nie chciała ze mną nawet rozmawiać. Zdesperowany, pukałem do każdego napotkanego domu. W końcu drzwi do małej, drewnianej chatki stojącej na skraju lasu otworzyła mi młoda kobieta o jasnych lokach i skrzących się radośnie, ciemnobrązowych oczach. Wysłuchawszy całej mojej historii, wpuściła mnie do środka i nakarmiła. Charlotte, bo tak miała na imię dziewczyna, wskazała mi drogę do najbliższego miasta i poradziła, bym udał się do kościoła. Zapytałem, jak mogę jej się odwdzięczyć, lecz ona tylko się uśmiechnęła. Naciskałem. Wtedy otworzyła swe różane usta i przemówiła do mnie językiem, którego nie potrafiłem rozpoznać. Nie wiedząc co odpowiedzieć, stałem przed jej obliczem kilka długich, pełnych skrępowania chwil, aż nagle mój język sam zdecydował, w jakie słowa ma się ułożyć. „Stawiam się na Twe wezwanie” – w izbie pobrzmiał mój cichy głos.  A ja żadną siłą nie umiałem go powstrzymać. Ku mojemu najszczerszemu zdumieniu, Charlotte nagle wybuchnęła perlistym śmiechem.
- Zmieniłam zdanie. Udaj się do karczmy, nie do kościoła – powiedziała. – Przekaż czarnowłosej, że przychodzisz od Węża. - kiwnąłem jedynie głową, nie wiedząc, co mam sądzić o tych poleceniach. Z niepewnym uśmiechem na twarzy pożegnałem się z dziewczyną i wedle jej wskazówek ruszyłem ku miasteczku.
Po niecałym dniu marszu dotarłem w końcu do tajemniczej karczmy o której mówiła mi dobrodziejka. Ostrożnie wszedłem do środka, rozglądając się po pomieszczeniu. Przy jednym z okien siedziała dostojna kobieta w drogiej sukni o długich, prostych, kruczoczarnych włosach. Zestresowany, podszedłem bliżej i przywitałem się z nią wedle dworskich reguł. Kiwnęła głową w kierunku drewnianego krzesła, bez słowa nakazując mi usiąść. Gdy tylko napomknąłem o „Wężu” wyraźnie się ożywiła. Zadała mi kilka pytań, które w tamtej chwili nie miały dla mnie żadnego większego znaczenia. Po dostaniu wyczerpujących odpowiedzi, chwyciła mnie mocno za rękę, wstała i pociągnęła w głąb karczmy. Nie powiem, bałem się jej odrobinę. Była zachwycająco piękna, ale równocześnie miałem co do niej złe przeczucia.
Marie (zaciskając moją dłoń w żelaznym uścisku rzuciła mi przez ramię swoje imię) w końcu otworzyła jedne z drzwi i wepchnęła mnie brutalnie do środka.
- Przeszedłeś już rytuał? – zapytała, odwracając się do mnie plecami. Otworzyła niedużą, drewnianą szafkę, pełną małych, szklanych słoiczków i zaczęła wyciągać kilka, mrucząc coś pod nosem. Siedziałem jak zahipnotyzowany, zupełnie nie wiedząc, o co może jej chodzić.
- R… Rytułał?
- Przekazania mocy oczywiście – skupiła na mnie wzrok jakby próbując rozpoznać, czy jej nie okłamuję.
- Nie rozumiem, o co Pani chodzi – mruknąłem, wstając i kierując się w stronę wyjścia. – Przepraszam, muszę już…
Nagle poczułem uderzenie w głowę a potem świat zalały ciemności. Straciłem przytomność.
***
Otworzyłem oczy, jęcząc cicho. Potwornie bolała mnie głowa. Leżałem na ziemi, na środku tego samego pokoju. Wokół mnie, na drewnianej podłodze, narysowany był okrąg. Usiadłem, zastanawiając się co ta baba ze mną zrobiła. Uniosłem rękę, by wymacać wielkiego guza, który na pewno zdążył już urosnąć mi z tyłu głowy i… Oniemiałem. Po obu stronach czaszki sterczały mi zwierzęce uszy. Kocie, lisie? Krzyknąłem ze strachu, zrywając się z miejsca. Coś poruszyło się za moimi plecami. Zerknąłem za siebie i o mało co ponownie nie straciłem przytomności. Tuż przy końcu kręgosłupa wyrosło mi dziewięć rudych ogonów. Nie muszę chyba mówić, że wyglądało to co najmniej jak jakiś bardzo dziwny koszmar. Zacisnąłem powieki i powtarzałem sobie, że to tylko sen, ale dodatkowe części ciała jakoś nie miały zamiaru mnie opuszczać. Cały czas były na swoim miejscu. Drżałem ze strachu. Co ona ze mną zrobiła?
Nie mogłem się tak pokazać ludziom. Musiałem czekać aż zapadnie noc. Ponownie usiadłem więc w środku tego piekielnego kręgu i czekałem. Nie wiedzieć kiedy łzy rozpaczy popłynęły mi po policzkach. Czym się stałem? Jak to cofnąć?
Mniej więcej dwie godziny później w drzwiach ukazała się Marie. Żal zdążył się przeobrazić we mnie w gniew. Wściekły, rzuciłem się jej do gardła.
- Coś Ty mi zrobiła?! – krzyczałem, ściskając jej krtań. Nagle coś odrzuciło mnie od niej, aż wylądowałem na stojącym pod ścianą łóżku.
- Nie ja, lecz Twoja matka i ojciec – odparła spokojnie. – Narodziłeś się jako demon i pozostaniesz nim do końca dni.
- C… Co? – wydusiłem.
- Demon. Lisi diabeł. Kitsune.
***
Dni, miesiące i lata mijały. Marie uczyła mnie jak dobrze wykorzystywać swe możliwości. Wcześniej nawet nie zdawałem sobie sprawy, jaka jest dobra. Jednocześnie nosiła w sobie również niewyobrażalną moc. Przy niej nawet największy parszywiec chciał wrócić na ścieżkę dobra. Pokochałem ją jak swą drugą matkę i mógłbym pójść za nią nawet na koniec świata. Mentorka i nauczycielka.
Kształtowała mój charakter, bym był czuły i delikatny w stosunku do istot żywych oraz matki natury. Żyliśmy z nią głęboko związani, mieszkając głównie w lasach i na pustkowiach. Jednocześnie kobieta przekazywała mi wszystko co wiedziała o świecie, czyniąc ze mnie niezwykle mądrą istotę. Nie marnowałem życia – chłonąłem wiedzę niczym gąbka. Ciągle czegoś przybywało, odkryciom nie było końca. Ja sam nawet przyczyniłem się do kilku, ale nie będę tutaj teraz o nich mówił.
Moje życie znowu było szczęśliwe do czasu, aż los znów nie położył na nim ręki. Marie została schwytana przez łowców czarownic, którzy mieli w swoich szeregach niezwykle zawistnego wilkołaka, odwalającego za nich czarną robotę. Byłem za daleko, by usłyszeć jej krzyk. Od razu spalono ją na stosie.
Dla mnie oznaczało to więcej niż koniec świata. Czułem się, jakby ktoś wyciął mi serce. Długo nie mogłem pozbierać się po jej stracie, zaszywając się gdzieś w północnych, syberyjskich lasach i byłbym umarł, gdyby nie nowy bodziec do działania - wybuch pierwszej wojny światowej. Wtedy w końcu nadszedł czas, bym wziął się w garść i spróbował pomścić przybraną matkę. Dopadłem potomków wszystkich łowców i zabiłem. Oczywiście długo dręczyły mnie później wyrzuty sumienia. Nie byłem stworzony do zadawania bezmyślnej śmierci. Kochałem każdą istotę na tym świecie, niestety gniew zaślepił mnie. Miałem już dosyć przemocy i tego całego rozlewu krwi. Nie, nie po to się urodziłem.
Spokojnie patrzyłem, jak technologia posuwa się do przodu, a wszystko to co znałem powoli znika z powierzchni ziemi. Co mi pozostało? Musiałem stale się uczyć. Uważać, by nie zostać przyłapanym. Nie zwracałem uwagi na nic, po prostu trwałem. I pewnie tkwiłbym w takim stanie po dzisiejszy dzień, gdybym nie usłyszał plotek o tajemniczym miasteczku Mystic Falls, gdzie ciągle miały miejsce jakieś dziwne wydarzenia. Od razu się tym zainteresowałem.
Odszukałem to miejsce, lecz nie było to już zwykłe, ludzkie miasto. Istoty nadnaturalne doszły do władzy. Szczęśliwie udało mi się jakoś oszukać ludzi przydzielających mnie do grup społecznych i otrzymałem rangę „Łowcy”. Nie byłem do końca pewny z czym to się wiąże, ale nie pachniało niczym dobrym. Na pewno nie będę się bawił w żadne donosy tym paskudnym sługom zła. Zacznę swoje obserwacje. Może czegoś jeszcze się dowiem. Na razie miejcie oczy i uszy otwarte. Jesteście w jaskini lwa.
***
Ciekawostki
* Nigdy nie poznał dokładnej daty swojego urodzenia, a co za tym idzie, nie świętuje tego dnia jak inni
* W lisiej formie Kyle ma małe, białe łatki na lewym oku i uchu, choć nie ma pojęcia skąd się wzięły te odbarwienia
*Zna się na wszystkich nowinkach technologicznych – idzie z duchem czasu
* Ma swój własny motocykl…
* …mieszkanie…
* …i dwa koty syjamskie
* Niedawno kupił sobie tarantulę

Kyle Wayfarer






Kyle Wayfarer

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Kyle Wayfarer

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Thomas Kyle Walker

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Life Sucks When You Are Ordinary :: Karty Postaci :: Zaakceptowane-